Autorzy: Maciej Makselon, Marysia Bolek

Problem zaczyna się wtedy, gdy autorytety przestają przekazywać wiedzę, a zaczynają poglądy. W najgorszej sytuacji prywatne poglądy i uprzedzenia, które nie tylko stoją w sprzeczności z posiadanym stanem wiedzy, ale są również podawane JAKO wiedza.

Profesor Bralczyk o feminatywach

W ostatnich dniach mieliśmy tego niezwykle jaskrawy przykład. Profesor Bralczyk w „wykładzie” wygłoszonym w ramach Bomby Megabitowej, zaczął dzielić się poglądami na temat feminatywów, neutratywów i słowa „Murzyn”, czyli stałego zestawu młota erystycznego zwanego „poprawnością polityczną”. Do „poprawnopolitocznościowego” bingo brakowało tam chyba jedynie przyimka „w” stosowanego w stosunku do Ukrainy, no ale akurat w tej kwestii profesor niedawno zmienił przecież zdanie, więc ponownie walczenie akurat z nim byłoby chyba niezręczne.

Słowa mają moc

Wydawałoby się, że profesor językoznawstwa powinien zdawać sobie sprawę, jaką moc mają słowa, szczególnie te wypowiadane przez autorytet. Mogą mieć one w końcu poważne konsekwencje, w tym przypadku na pewno co najmniej społeczne, np. umacniać pewne stereotypy. Profesor Bralczyk powinien zdawać sobie z tego sprawę mówiąc o feminatywach. Język ma w końcu spory wpływ na rzeczywistość.

​​Najpierw profesorowi nie podobało się to, że zamiast „Polacy” TRZEBA dziś mówić „Polki i Polacy”. Nie do końca wiadomo, czemu trzeba, kto to narzuca, ale widocznie w odczuciu profesora sugestia, postulat czy może nawet prośba mają wymiar opresyjny. Profesor nie stronił również od prostych manipulacji. Twierdził, że dziś wymaga się by mówić nie „Polacy”, a „Polki i Polacy”. I od razu – by wykazać, że jest to forma, która dzieli – zamienił „i” na „albo”. „Albo Polki, albo Polacy”. Z takiej formy się raczej nie korzysta. Czy słyszeliście, by ktokolwiek rozpoczął kiedykolwiek jakiekolwiek wydarzenie formułą „drodzy panowie albo panie”? Mówi się jednak „panowie i panie” lub „drodzy państwo”. Spójnik „i”, od którego profesor – zupełnie słusznie – wyszedł, łączy. Spójnik „albo” wyraża potencjalną wymienność lub wzajemne wykluczanie się. To spora różnica.

Warto zwrócić tutaj również uwagę na to, że w związku z potrzebą chwili, tj. wykazania, że feminatywy są opresyjne i nienaturalne, wyraźnie podkreślał, że naturalną i tradycyjną formą służącą do opisywania grup mieszanych jest rzeczownik osobowy liczby mnogiej rodzaju męskoosobowego. Polacy. Sami Polacy. Kilkadziesiąt sekund później profesor jako opresyjne przedstawiać zaczął już nie feminatywy, lecz formy neutralne rodzajowo. Podkreślił z żalem, że dziś wymaga się, by zamiast „studenci i studentki” (już nie sami „studenci”!), mówić „osoby studenckie”. Co stało się z formą, którą przed sekundą profesor przedstawiał jako tradycyjną i naturalną w kontekście opisywania mieszanych grup? Przecież jeszcze przed chwilą przeszkadzało mu, że ktoś chciałby, by sięgano po rzeczownik w dwóch rodzajach, zamiast jednego.

Że przed chwilą wskazywane były jako nienaturalne w celu pokazania, że naturalnym jest rodzaj niemęskoosobowy obejmujący wszystkich? Cóż, w obronie poglądów przed faktami, jesteśmy w stanie zrobić wiele. Nawet jeżeli do muru przyparliśmy się sami. Być może w nadziei, że widzowie_ki słyszą, ale nie słuchają na tyle dokładnie, żeby wyłapać tę sprzeczność lub po prostu bezkrytycznie przyjmą, że samozaprzeczanie sobie w kolejnych zdaniach nie ma większego znaczenia, o ile samozaprzecza sobie ktoś o odpowiednio dużym autorytecie. 

W znakomitym wykładzie pt. „Jak mówić, żeby nas słuchano”, profesor perorował o tym, że „Grecy w swej poczciwości mówili, że jest to wspólne mówiącego i słuchających dążenie do prawdy. No… ale to jest raczej taki postulat.”


Postulat profesorowi niemiły, kiedy prawda stoi w poprzek jego poglądów. Wtedy prawdą można zacząć żonglować lub nawet jej jawnie zaprzeczać. Poglądów, które prezentują się tak, jakby profesorowi dyskomfort zaczęło sprawiać to, że „nagle” musi zacząć w języku zwracać uwagę na kogoś poza sobą. 

Wynikać to może oczywiście po prostu z tego, że jest człowiekiem i jak absolutnie każdy ma swoje poglądy, preferencje, uprzedzenia. Nie ma ludzi zupełnie obiektywnych. Jednak nauka (w tym językoznawstwo) wymaga, żeby używać takiego języka, który będzie możliwie jak najbardziej obiektywny.

Żeby to osiągnąć naukowczynie i naukowcy robią badania, opierają się na analizach innych, przedstawiają różne punkty widzenia – co może przybliżać nas do obrazu rzeczywistości wolnego od oceny. Wszelkie duże prace naukowe nie bez powodu mają odpowiednie wytyczne i miejsce na opisanie założeń teoretycznych, metodologii. W przypadku Bralczyka nastąpiło pomieszanie różnych rejestrów. Z jednej strony mamy wykład profesora, sytuację „naukową”, z drugiej strony profesor dzieli się głównie swoimi przemyśleniami i opiniami, używając różnych chwytów retorycznych, modulując głos w taki sposób, żeby wpłynąć na reakcję publiczności. W ten sposób, wykorzystując samą konwencję wystąpienia naukowego, przepycha się opinie jako fakty.

Nie chodzi tu oczywiście o wykazanie, że profesor specjalnie wprowadził kogoś w błąd. Ale przywykliśmy jednak do tego, że językoznawstwo to takie trochę rzucanie różnymi anegdotami bez podawania źródeł na tyle, że już nie pamiętamy, że ono też wymaga fact checkowania i uważnego słuchania. Tak samo jak wszystkie inne dziedziny nauki. Sam fakt, że jakąś opinię wypowiada ktoś z łatką autorytetu nie znaczy, że mówi coś zgodnego z aktualnym stanem wiedzy i że ma świętą rację. Pora, żeby nasze podejście do językoznawstwa się zmieniło. Musimy zacząć wymagać od popularnych językoznawców podawania źródeł, aktualizowania wiedzy i przyznawania się do tego, że nie są ekspertami_kami od wszystkiego. Językoznawstwo to nauka, która ma różne specjalizacje. Nikt nie jest ekspertem od wszystkiego w języku.

Językoznawstwo to nauka

Pomyślmy o tym jak o każdej innej nauce, na przykład medycynie. Zupełnie naturalnym jest dla nas, że ta dziedzina ma różne specjalizacje i nie ma jednej osoby, która zna się na wszystkim. Podobnie jest z językiem. Złożoność języka, językoznawstwa, wielość metod badawczych sprawia, że ciężko jest być osobą, która o języku wie wszystko – szczególnie teraz, gdy nauka idzie do przodu bardzo szybko i niemożliwym jest być na bieżąco ze wszystkim. 

Feminatywami zajmuje się teraz dużo świetnych badaczek, o neutratywach powstają doktoraty. Czemu w takiej chwili nie ma miejsca na głos tych specjalistek_ów?

Może to zabrzmi banalnie, ale w nauce prawdziwym autorytetem jest ten, kto potrafi przyznać, że nie wie wszystkiego i szanuje dokonania innych poprzez popularyzowanie ich pracy naukowej, chociażby w swoich wystąpieniach publicznych. I nie pozwala, by w korzystaniu z wiedzy przeszkadzały mu prywatne poglądy.


Autorzy: Maciej Makselon, Marysia Bolek

Przeczytaj wpis na instagramie.