Samo napisanie artykułu naukowego jest już sporym wyczynem, ale oczywiście to dopiero pierwszy etap na drodze do publikacji. Wbrew pozorom dla autora postawienie ostatniej kropki nie oznacza zakończenia pracy nad tekstem. Jeśli Was ciekawi, co się dzieje dalej, zapraszam do lektury 😊

Większość wydawnictw naukowych ma wytyczne, według których powinien być opracowany tekst przed nadesłaniem: najczęściej chodzi o długość artykułu, zamieszczenie streszczenia, dobór słów kluczowych, konstrukcję przypisów, formatowanie, dołączenie załączników w konkretnych rozmiarach i formatach. To sporo pracy, zwłaszcza dla osoby, która zna się na swojej dziedzinie, a nie na wydawniczych niuansach – dlatego często zdarza się, że część tych obowiązków wypełnia później ktoś inny… zwykle jeden z redaktorów lub korektor.

Tekst jest rozsyłany do kilku specjalistów z danej dziedziny (recenzentów). Mają oni ocenić, czy spełnia kryteria merytoryczne, czy jest wartościowy, słowem – czy warto go wydać. Najlepiej, gdy ocena tekstu jest „podwójnie ślepa”, czyli gdy recenzenci i autor nie znają swoich tożsamości. Czasem zdarza się, że tekst zostaje zaakceptowany warunkowo, na przykład pod warunkiem uzupełnienia brakujących treści. Autor wówczas ma czas na dopracowanie artykułu.

Recenzje zazwyczaj są dosyć ogólne, mają charakter wstępny i zazwyczaj nie odnoszą się do szczegółów tekstu. Praca nad szczegółami leży w obowiązkach redaktora merytorycznego, który powinien wyłapać błędy rzeczowe, zweryfikować cytaty i źródła – znów więc potrzebna jest osoba znająca się na danej dziedzinie. Po takiej redakcji tekst wraca do autora, który dopracowuje go (jeśli zachodzi taka potrzeba) i odnosi się do sugestii redaktora.

Jeśli w tekście – oraz między redaktorem a autorem – już wszystko się zgadza, można przekazać go do redakcji językowej. Na tym etapie powinno się poprawiać już wszystko, co tylko wymaga poprawy: błędy językowe, styl, rozmieszczenie tekstu w akapitach, dopasowanie do norm wydawnictwa, serii itd. Po tej redakcji autor znów otrzymuje swój tekst i może odnieść się do wprowadzonych (lub zasugerowanych) zmian. Musi mieć taką możliwość, zwłaszcza gdy redaktor językowy nie jest związany z dziedziną autora (co się zdarza wcale nie tak rzadko) – dzięki temu jest szansa na wyeliminowanie ewentualnych przeinaczeń wprowadzonych przez redaktora nieświadomie, a wynikających np. z jego pracy nad stylem tekstu.

Po zaakceptowaniu tej wersji artykułu przez autora może on zostać przekazany do korekty. Korektor „czyści” tekst po redaktorze językowym – nie oszukujmy się, nie da się wszystkiego zrobić samemu naraz – czyli poprawia błędy, ujednolica zapisy, weryfikuje styl. Im dokładniejsi są autor i redaktor, tym mniej pracy ma korektor.

Po korekcie tekst wraz z wszystkimi załącznikami przekazywany jest do grafika, który go składa – „wlewa” w projekt, rozmieszcza na stronach publikacji.

Po składzie pora na kolejną korektę. Sprawdza się wówczas głównie to, czy tekst został poprawnie rozmieszczony, jest to też ostatnia szansa na dostrzeżenie błędów – choć na tym etapie poprawki powinny być jak najdrobniejsze, nie powinno się już przeredagowywać zdań, zmieniać ich szyku itd.

Po korekcie grafik nanosi zmiany wskazane przez korektora. Powinna odbyć się jeszcze rewizja, czyli sprawdzenie, czy poprawki zostały naniesione w odpowiedni sposób i czy ich wprowadzenie nie spowodowało kolejnych usterek. I tak można w nieskończoność, ale kiedyś trzeba posłać tekst do druku 😉

I na koniec najważniejsze: ktoś musi to wszystko koordynować. Od tego jest redaktor prowadzący. To on pilnuje terminów, przekazuje pliki, zleca kolejne zadania, często sam musi wyszukiwać współpracowników, których zaangażuje w proces wydawniczy, a jeśli trzeba – ogarnia finanse, promocję, przejmuje część obowiązków innych redaktorów czy korektorów… czyli ma na głowie wszystko to, czego nie zleci innym.

To oczywiście zapis uogólniony, wzorcowy. W różnych wydawnictwach poszczególne etapy mogą się nieco różnić od siebie, ale naczelna zasada jest taka sama: tekst wędruje najpierw między autorem a innymi specjalistami, a następnie między osobami czuwającymi nad odpowiednim ubraniem treści w słowa, to wszystko natomiast koordynuje redaktor prowadzący.

Na koniec krótka refleksja z perspektywy redaktorki językowej i korektorki tego typu tekstów.

To bardzo specyficzna praca. Trzeba pamiętać, że jeśli nie jest to podręcznik, pobudki komercyjne idą na dalszy plan (albo w ogóle nigdy ich nie było). Nakłady więc są niewielkie, rzędu kilkuset, może tysiąca egzemplarzy, z czego trochę zawsze zostaje bezpłatnie rozdysponowane po bibliotekach oraz jako egzemplarze autorskie. Książka trafia raczej do niewielu czytelników, ale ci, do których trafia, są specyficzną grupą, którą łatwo zdefiniować – to znawcy tematu, wykładowcy i ich studenci, pasjonaci. Teksty z reguły nie są lekkie i przystępne; zwłaszcza te pisane przez ludzi niezwiązanych ze słowem zwykle stawiają redaktorom niemałe wyzwania. Pracy dużo, pieniędzy za nią – niezbyt. Satysfakcja redaktora czy korektora z wykonanej przezeń pracy więc bywa zależna od zamiłowania do tego zajęcia…

______

Autorka: Agata Górzyńska-Kielak